Jabłecznik
Panuje pogląd jakoby człowiek głodny był zły. Radko Smolarczyk, słusznie, wychodził z podobnego założenia. Już na pierwszy rzut oka widać było, że Radko jest człowiekiem spokojnym. Właściwie to mało powiedziane, prawdopodobnie obdarzony był anielską cierpliwością współmierną do tuszy.
- Jak ja cię kurwa przechrzczę tak nogi z dupy powyrywam, bronami przez plecy ubiję. Kurwi synu pryszczatej matki!- Radko jak rzadko dawał upust negatywnym emocjom. Działo się tak zawsze kiedy łapał syna sąsiada na tym co brał za podglądanie córki. W jego ojcowskiej głowie nie było miejsca na stwierdzenie, które byłoby zgodne z prawdą, że owoc jego miłości, suto zakrapianej spirytusem, jest równie atrakcyjny jak pierwsze oferty Telekomunikacji.
Radko z zadziwiającą zwinnością chwycił za widły wbite przy gnoju i zaszarżował na przeciwnika. Ze smarkami, kipiącymi z nosa niczym mleko z rondla, nabierał rozpędu. Przypominał teraz byka biegnącego na dwóch nogach. Jego drewniaki, jako że w niedziele porzucał filce, były niczym kopyta buhaja.
Znienawidzony syn sąsiada zeskoczył z jabłoni, która to przylegała do ściany domu i zanurkował w przerwę między sztachetami płotu. Radko nigdy nie zauważył, że Maciej, bo tak młodzieniec został ochrzczony, biegnąc podtrzymuje brzeg koszuli. Nigdy też nie zanotował w pamięci znikających jabłek.
Dochodziła godzina dwunasta. Cała rodzina Smolarczyków zebrała się przed kościołem. Był więc sam Radko, postukujący drewnianymi koturnami. Była żona- Janina. Również nastoletni kwiat, skarb i oczko w głowie rodziców- Gerbera, która to imię dostała po nieboszczce babci, która z kolei zawdzięczała je kobiercowi kwiatów na których pradziadek pierwszy raz wziął przyszłą panią Smolarczyk. Gerbera uchodziła we wsi za uosobienie gracji i szyku. Różowa sukienka z bufiastymi rękawami i kryzą przydawała jej lekkości. Falbanki na brzegach czyniły ją jeszcze bardziej smukłą niźli była naprawdę. Tak też przy masie stu dwudziestu kilogramów zdawała się być zwiewną niczym tiulowa apaszka, którą zwykła była nosić każdego dnia. Czarowała tedy świnie w chlewie, przyciągała wzrok cieląt lepiej niż wiadro z wysłodkami. Nawet krowy w czasie dojenia zaprzestawały czynności właściwej ich egzystencji jaką jest defekacja. A Gerbera, szalone to dziewczę, śpiewała i kręciła się po oborze niczym średniej wielkości walec drogowy.
Ludzie poczęli wchodzić do kościoła. Tu i ówdzie dało się słyszeć przyciszone głosy modlących się. Częściej przebijała się jedna, może dwie, grzeszne kurwy.
Trzy rzędy przed Smolarczykami siedział Maciej wraz z rodziną. Jednak jak na przybytek boży przystało Radko powściągnął swe mordercze intencje i przekazał im głową znak pokoju.
Ksiądz odprawił liturgię, przyszedł czas eucharystii. Maciej, zupełnie przypadkiem, wracając trafił Radka ogryzkiem jego własnej antonówki. Antoni zdążył wkroczyć w samą porę, rozdzielając zwaśnione strony. Ksiądz korzystając z należnego mu prawa nałożył na obie rodziny czasową pokutę w wysokości tysiąca pięciuset złotych, gdyż akurat miał na ambonie ulotkę z MediaMarkietu.
Wszyscy zgodnie przyjęli to jako poczynanie godne i sprawiedliwe, rozległy się oklaski i krzyki aprobaty. Ksiądz unosząc ręce w geście prezydenta Pałęty zszedł z ambony.
W przyszłym tygodniu Maciej kolejny raz wdrapał się na jabłoń, Radko znowu chwytał za widły. A ksiądz ostatecznie wzbogacił się o drugi już zestaw kina domowego.
Linux i ludzie
Czy Linux jest dla ludzi? Często pada takie pytanie, równie często jest ono wstępem do wszelkiej maści artykułów, felietonów i prac. Autorzy pełnymi garściami czerpią ze swoich doświadczeń. Równie często czerpią z empirycznych przemyśleń innych użytkowników. Rzecz w tym, że szewc wkładając but na jedno i to samo kopyto czyni dobrze i z pożytkiem dla klienta. Autor pisząc to samo co rzesze innych z tym pożytkiem się rozmija, czasem zaś nawet dochodzi do kraksy na wiejskiej czteropasmówce jaką bywa jego dzieło.
Więcej na: http://tuxday.wordpress.com/
Alternatywnie o Alternatywie
Swego czasu pisałem, na temat zgoła odmienny od tego, który teraz poruszam, jednak otarłem się w nim o pewną blisko-muzyczną dygresję. Na podstawie tejże dygresji zasugerowano mi napisanie tego co też, Czytelniku, czytasz.
Rzucam więc hasło: Alternatywa.
Alternatywa w sensie stricte muzycznym. Bo przecież trudno się nie zgodzić z faktem, że pojęcie to wpisało się już w nomenklaturę związaną ze światem muzyki. Nie od dziś, a nawet nie od roku słyszy się, bądź też czyta o: „szeroko pojętej alternatywie…”, „muzyce alternatywnej stanowiącej(o zgrozo!) alternatywę dla…”. I tak dalej, i tak dalej. Jednym słowem, którego autorem nie jestem- pipczenie.
Więcej na: http://altwave.wordpress.com/
Moda NIE
Ostatnimi czasy powstają skupiska, ba! całe koła wzajemnej adoracji ludzi, którzy za cel stawiają sobie bycie na NIE. Bardzo obrazowym przykładem zdają się być fani szeroko pojętej muzyki, tu uwaga ciekawe słowo- alternatywnej. Chciałoby się powiedzieć „Muzyka alternatywna jaka jest każdy widzi.” Problem w tym, że nie każdy widzi. Kwestią fundamentalną staje się odpowiedź na pytanie, czym rzeczona alternatywa jest. I po raz kolejny wypada na to, że nie wiadomo co, kto i z kim. W takich przypadkach często pada stwierdzenie, że to pewnie pieniądze. Ale niech no skończę tę dygresję. Alternatywna młodzieżówka za punkt honoru stawia sobie zbesztanie każdego niealternatywnego zespołu, każda inna kapela zjada swój ogon niczym mityczny wąż Uroboros. A muzyka nowego pokolenia tych jakże otwartych umysłów jest jedyną „dobrą”.
Więcej na: http://tuxday.wordpress.com/
Przeboska Komedyja
Nocne światła miasta. Kolorowe neony reklamujące najlepsze marki. Gdzieś z lewej, na wysokim- sowieckim, budynku, błyskał napis To nie spółka, to Gomułka!. Zgodnie z zasadą jakoby im dalej w las tym więcej było drzew, na kolejnym dziele komunistycznej myśli budowlanej, jasno oświetlony szyld głosił co następuje: Przewroty i bojkoty, sierpy i młoty, poniżej dopisano jeszcze Lenin! Tu byłem, cały ustrój spierdoliłem. Po przeciwnej stronie ulicy swoją siedzibę obrała agencja detektywistyczna, której motto wypisano wapnem na murze. Nikt się nie uchowa, gdy się zgłosisz do Chruszczowa. Sowiecka dzielnica Nowego Piekła oddzielona była od reszty miasta solidnym murem.
Gdzieś tam, w oparach dymu, który ustawicznie wypełniał przestrzenie między budynkami, wznosiła się czarna brama. Arbeit macht frei durch Krematorium Nummer drei. Zza bramy dało się słyszeć pijackie okrzyki intonujące pieśń każdego Niemca.
Deutschland, Deutschland über alles,
über alles in der Welt!
Deutschland, Deutschland über alles!
W jednym z licznych lokali, umiejscowionych w dzielnicy śródmieścia, dwóch jegomościów w obszernych płaszczach popijało Suczą Krew. Mocny trunek pędzony przez samego Rokitę, który ostatnimi czasy wyprowadził się z Konzentrationslager Lufthansa. Obóz był spadkobiercą chlubnej tradycji osadników z Luftwaffe.
Jeden z popijających osunął się nagle, zjechał z siedziska i wylądował pod blatem. Na ten widok radośnie podskakujący na barze Rokita zaintonował pieśń.
Jesteś aniołem, jesteś aniołem.
Przeto leżysz pod stołem!
Towarzysz nieprzytomnego zrzucił kaptur z głowy. Wszystkich dookoła uderzyło jego piękno i bijąca z jego twarzy prawda objawionego słowa pańskiego. Święty Gosiewski! Sługa Bliźniaka, Młot na Tuski i Miecz w rękach Jarosława. Nieprzytomny błogosławiony Kurski zwymiotował i począł się dusić. Takie to liche nadeszły czasy, że wiernych niewolników odrzucono na bok niczym niepotrzebne narzędzia. Tak oto zmiana wizerunku kościoła Prawa Sprawiedliwego wymagała ofiar w szeregach bractwa.
Gdzieś dalej prostytuował się anioł na Sejm polski. Był to nikt inny, tylko ten, któremu zdażało się palić koty. Ostatnio zrezygnował z przewodzenia komisji Przyjezdne Państwo, na rzecz swojej marionetki- Pinokia. Nadal pociągał za sznurki, ale ewentualne ataki trafiały na twardą skorupę jego kukiełki, Eustachego, którego kupił od strąconego do homoseksualnego burdelu Wojciecha G.
Z racji dni drzwi otwartych zaproszono wyznawców i ciemne masy, potocznie zwane elektoratem, do zwiedzania Nowego Piekła. Tak więc owieczkom pana przyszło oglądać nielegalne Polmosy. Legalne pornosy, a także pijackie orgie na ulicach Sejmu V Rzeczypospolitej.
W natępnych wyborach, ludzie wedrując do konfesjonałów wyborczych wybrali tak samo.
Kości zostały rzucone
Chaotyczny zapis potoku myślowego. Chaotyczny jak stąd do tam i z powrotem, czyli jak ten Hobbit. Ale sensu mimo to nie brak.
Kościany Piesek biegł wstecz po kryzysie gospodarczym. Raz po raz obszczekiwał dupą premierów i prezydentów. Na czeskiej wystawie podniósł swoją kościaną nogę i udawał, że piłuje zakręcony kurek od gazociągu. Potem, gdy niebo spadło, a piekło wzniosło się do góry, Kościany Piesek aportował z roku dwudziestego dziewiątego czwartek, którego nijak farba się nie imała.
Kościany Piesek lubował się w anaforach. Lecąc przez środek Giewontu wdał się w sprzeczkę ze śpiącym rycerzem. Ostatecznie ukradł mu żelazny krzyż, który następnie oddał do charytatywnego galwanizera.
Kościany Piesek bał się posła Spalikota, bał się o swojego przyjaciela zabaw- Koteczka Młoteczka. Bał się też o swoje dziewictwo miedniczne. Kościany Piesek jednak nie prostytuował się jak na wytwór polskiej rzeczywistości przystało.
Kościany Piesek i Kotek Młotek przemierzali wspak ość czasu rachunku za przelew Bara i Obłej Mamy. Ość ta prowadziła w sposób niejednoznacznie oczywisty do tajnych funduszy Izraela. Kościany Piesek ostrzelał Kotem Młotem Palestynę i Gujanę.
Zadowolony z przebiegu dnia przyszłego zasypał wraz z Ptakiem Jebakiem rów mariański odpadami z elektrowni w Żarnowcu.
Kościany Piesek, Kotek Młotek i Ptak Jebak uratowali wczorajszy świat, pogrążony w chaosie dnia egzystującego w przestrzeni kohabitacji premiera i prezydenta.
Melodia, bez mgieł nocnych
Kazio Szparki-Tetmajer pewnie się obraca, przewala i robi inne nieprzystojące nieboszczykowi rzeczy. Pech.
Ciepły letni dzień. Ten niezdefiniowany czas kiedy dzień przechodzi w wieczór. Trwająca, zdałoby się w nieskończoność, chwila nienachalnego światła. Moment, w którym słońce, daleko na linii horyzontu, kładzie się do spoczynku na łożu złożonym z koron drzew. Wreszcie, zmęczone swoją codzienną wędrówką zasypia pod pierzyną listowia. Minuty, kiedy cienie wywołane pieszczotą promieni słońca, kładą się wszędzie, tworząc nieodparte wrażenie stąpania na krawędzi światła.
Leśna dolina. Polski ogródek działkowy. Jedna z działek przy alejce, która podobnie jak wszystkie inne, swoją nazwę zawdzięcza kwiatu. Żonkila 3. Skrawek ziemi. Ogrodzony niskim drewnianym płotem, sąsiadujący z podobnymi mu fragmentami ogrodu. Mała szklarnia, w której dusznym powietrzu wygrzewają się pomidory. Rumienią się do siebie i spoglądają, z krzaczka na krzaczek. Przed szklarnią drewniany stelaż. Owinięty pnączami winorośli tworzy zieloną ścianę. Dojrzewające kuleczki winogron opalają się w ostatnich przebłyskach światła.
Z pozoru chaotyczny wzór tworzą pojedyncze, drewniane słupki, na których znajdują się budki dla ptaków. Z jednej wygląda wróbel, ciekawy świata. Brak telewizji rekompensuje widokiem ściany drzew i uciekającej przed księżycem ognistej kuli. Za nim odzywa się zirytowana partnerka, trzeba nakarmić dzieci. Wróbelek wylatuje. Prawdopodobnie, jak na mężczyznę przystało, poleci na pole pszenicy i znajdzie kilka ziarenek.
Stary mężczyzna zaciera w zadowoleniu ręce i z uśmiechem na twarzy mruczy nieodzowne „Aj aj aj”. Cieszy go ten prosty widok, cieszy go odpowiedzialność pana wróbla. Wreszcie zrzuciwszy słomkowy kapelusz wsiada na czerwony, pamiętający czasy jednej partii, rower i odjeżdża.
Na niewielkim skrawku ziemi rosną w zgodzie ziemniaki, które raz po raz wołają pod ziemią do siebie w sobie tylko wiadomych sprawach. Nieopodal, pieszczą się kłączami truskawki, raz po raz zapominając o kłujących włoskach. Dwie jabłonie, staruszki uginają się pod ciężarem lat i kolejnego pokolenia swoich dzieci. W cieniu stoi stary ul, który kiedyś był skrzynią. Podróżowała skrzynia, do Polski przypłynęła aż z Lubeki i chętnie oddała się pod władanie niezliczonych obywateli i poddanych królowej.
Domek. Niska, drewniana budowla pokryta czerwonym dachem. Wyraźnie odznaczające się bale tworzące szkielet. Z tyłu taras, z daszkiem ściśle przylegającym do ściany. Na tarasie zaś stary leżak. Rama i duży kawał płótna. Bardzo cicho, przez półotwarte okno altanki dobiega muzyka. Obok leżaka, na stoliku leży zamknięty notes. Na notesie długopis. Zaś na samym płótnie leży młody człowiek. W tym szczególnym wieku, kiedy wyraźnie nie jest już dzieckiem, ale nie jest jeszcze typowym mężczyzną. Młodzieniec ma na wpółotwarte powieki. W zamyśleniu pociera brodę.
Przyszedł tu, aby w ten najlepszy dla ciała i ducha czas, oddawać się swojej pasji. Chce pisać. Pogoda, drzewa, powietrze, nawet powoli tworząca się rosa, która w jakiś dziwny sposób łączy się w jego głowie ze świergotem ptaków. Wszystko to staje się katalizatorem jego wcześniejszych natchnień. Pozwala mu przelać na papier wszystko to o czym wcześniej myślał. Te chaotyczne, a zarazem staranne myśli klarują się w obliczu absolutu jakim staje się wieczór. Zadowolony sięga po notes, otwiera go i zatrzaskuje. Następnie wstaje i wraca przez las do domu. Nic nie napisał. Paradoksalnie czuje się spełniony.
Zaduszki
Obserwacja. Tłum. Dzieciątka boże biegające po cmentarzu i jakże ważny obowiązek odwiedzenia cmentarza wraz z innymi. No to i jest temacik.
Zgodnie z tradycją narodu, w dzień pierwszego listopada ludzie zebrali się na cmentarzach. Nikomu nie przeszkadzał fakt, iż to drugi dzień rzeczonego miesiąca zwany Zaduszkami jest czasem wspominania zmarłych. Ważnym był dzień wolny od pracy. Pogoda dopisywała.
Oświecone społeczeństwo, w którym statystycznie nawet wszy były wyznania katolickiego, popędziło na groby zmarłych. Szczególnie dobitnie o zatrważającej prędkości świadczyły kilometrowej długości korki, koreczki i wszelakie inne utrudnienia komunikacyjne.
Ludzka masa przelewała się chodnikami, część podzwaniała zniczami, które nieśli w siatkach, inni- szczególnie starsi maratończycy, regularnie wystukiwali rytm swoimi wysłużonymi kijami trekkingowymi, szerzej znanymi pod nazwą kul rehabilitacyjnych.
W ramach akcji „Zniszcz 2008” policja kierowała ruchem, zarówno kołowym jak i pieszym. Ptasie gwizdki monotonnie, co jakiś czas, ogłaszały:
- Moożna jiiść-
W tych krótkich chwilach miały miejsce batalie o pierwszeństwo przekroczenia jezdni. Emeryci i renciści zbierający przez cały rok siły na ten jeden moment, wystrzeliwali do przodu, pozostawiając resztę społeczeństwa daleko z tyłu. Przekroczywszy zaś ulicę powracali do stanu pierwotnego. Laska, jeszcze chwilę temu znajdująca się pod pachą w celu zwiększenia aerodynamiki, wędrowała do ręki i rozpoczynał się kolejny, miarowy- nokturn na sześć kul.
Przy grobach zbierały się rodziny, zarówno te szczerze żałujące zmarłych, jak i te które równie szczerze bały się opinii sąsiadów. Mogiły i płyty nagrobne zastawione zostały zniczami, lampkami, lampeczkami, latarniami, światełkami. Na jednym z grobów, z racji oszczędności znalazły się odblaski rowerowe:
- A co ja będę kurwa płacił lumpom za znicze. O widzisz synek, tata położy, a w nocy będzie się świeciło lepiej niż psu jajca.- Argumentował ojciec rodziny.
W innym zakątku cmentarza zebrały się sępy w beretach. Bardzo słabe i znużone biegiem przez asfaltową czteropasmówkę zajmowały ławeczki. Biedne siedziska wydawały jęki rozpaczy pod naporem niemałej tuszy. Babcie poczęły rozmawiać:
- Wiesz Janina, ta Asia od Maciejka to taka dobra dziewczynka. A jeja-jeja. Jaka ona kochana. I pozmywa, i pogotuje. A jaka ona w niego zapatrzona. Cała za nim jest.- Wykładała swoją rację jedna z rozmówczyń. Ubrana we wściekle fioletowy płaszcz z filcopodobnego materiału i zaopatrzona w czerwoną torebkę stanowiła przykład na porządny, poparty latami praktyki, gust.
- A wiesz Andzia, ostatnio to mam takie okropne gazy, niech to licho porwie.- Odpowiedziała zgodnie z tematem druga z rozmówczyń. Ta, mając pofarbowane włosy zdawała się być niby podlotek, dopiero wchodzący w dorosłość.
- Cosik mnie napuszyło, wątrobę mi nasadziło, a i woreczek coś boli.- Wtrąciła kolejna. Po czym pogładziła ręką po szalu z lisa.
- Jak mnie głowa rano bolała to wzienam naparsteczek wódeczki. Taki sposób!- Posiadaczka czerwonej torebki zgodziła się z koleżanką.
- A ta Michałowa spod piątki to kurwa jednak.- Wybuchła ta, która nie wyglądała na swoje lata. – Taka suka, a bodajby jej nigdy nie spłodzili, takie syny.- Nakręcała się coraz bardziej.- Jak mojego Staśka wczoraj na kawę zaprosiła, to myślałam, że jej gały wydrapię. To swołocz, to suka.- Mimo, że kontynuowała tyradę, jej słowotok zagłuszyła miłośniczka zwierząt futerkowych.
- A wczoraj to ksiądz z ambony mówił, że ten Joblama, czy jak mu tam, ciarny ten, z ameryki. To komunista i trza na tego Makkaina oddać głos poparcia społecznego, aby bracia katolicy w stanach zjednyczonych ameryki wiedzieli co robić.- Wyraziła jasno i zwięźle swoje poglądy polityczne. Manipulacja była jej obca, tak samo jak szczoteczka do zębów, od czasu kiedy zakupiła protezę, którą mogła wrzucić do szklanki z tabletką czyszczącą. A kleju to używała tego samego co babcia z M jak Miłosz.
Takimi i podobnymi sprawami zajmowały się seniorki, wszystkie w podeszłym wieku, za wyjątkiem tej, która skrupulatnie ukrywała swój prawdziwy wiek.
W najbardziej odosobnionej i mrocznej części cmentarza, prawdziwie ociemniali- intelaktualnie, oddawali się zakazanym praktykom magicznym. Odprawiali satanistyczne rytuały, szerzyli bezeceństwo, herezję i rozwiązłość seksualną. Czynem i słowem:
- Polej kurwa, polej. Noo, dawaj.- Ekscytował się nastolatek z fryzurą a la Jerzy Waldorf. - Dajesz, dajesz. Ja pierdole, ale czad.- Podniósł do góry dłoń ubraną w rękawiczkę. Wokół palców miał zastygniętą parafinę ze znicza, który w tej chwili jego kolega odstawiał na płytę nagrobną.
- Ja walę, ja walę, ja walę.- Mimo to jego ręka nie powędrowała w kierunku krocza. Ale faktem było, iż zaciął się.- Ja walę, ale odlot.- Niczym w studiu lotto: „Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady…”. Tak samo on, po zwolnieniu blokady, zaczął skakać dookoła niczym kuleczka z cyferką 69.
Na jednej z alejek ksiądz, pasterz dusz, duchowy przewodnik stada, uosobienie chrześcijańskich wartości, prowadził dysputę z kobietą innej narodowości:
- Jebani cyganie, wszędzie ci jebani cyganie. Tfu, tfu, Romowie!- Zaczął dyplomatycznie.- Ja was kurwa przepędzę, szatańskie nasienie, dzieciojady wy cholerne. Poszli won, do roboty, skurwysyny. Bezbożny pomiocie piekieł.- Zamachnął się poręcznym- teleskopowym kropidłem. Wchodziło ono w skład podręcznego zestawu ksenofoba, sygnowanego nazwiskiem samego ojca Rydzykownego. Kaleka kobieta trzymająca w rękach dziecko nawet się nie broniła.
Wtem zza rogu wypadli Oni. Ubrani w ostatni krzyk mody- ortalionowe kurtki, pędzili na pomoc. Światło zachodzącego słońca odbijało się na ich nieskalanych myśleniem głowach. Łysiny błyszczały w ostatnich tego dnia promieniach gwiazdy życia.
- My pomożemy. Zakrzyknęli chóralnie.- I jak jeden mąż zaczęli okopywać leżącą matkę.
Rozrzewniony ksiądz przemówił do nich:
- Synkowie, niech was pobłogosławię, w imię ojca i syna, i ducha świętego, amen.- Chciał ucałować jednego z nich w czoło, ale natura mu w tym przeszkodziła. Uzbrojona w kastet pięść odcisnęła swoje piętno na jego szczęce.
- Ciota chłopaki, ciota. Dawaj na niego.- I tym sposobem również klerykowi dane było poczuć męki jezusowe. Kiedy po dłuższym czasie przybyła rodzina Romki, był pierwszym, który wyciągnął rękę po pomoc- otrzymał ją.
Chwilę po tym, stróż zamknął bramę. Chwycił łopatę i drapiąc się po pachwinie uśmiechnął się.
- To se kurwa użyjmy. Kulturalnie tak, przy blasku świec.
Wersja w formacie pdf. Zawiera akapity:
Emo Drama
Akt I- Nie rozumiesz mnie
Występują:
Emo
Matka
(Emo wychodzi z mrocznych pokoju odmętów. Spotyka matkę w kuchni. Ta kroi warzywa)
Emo
Ależ matko, rodzicielko ma,
Spójrz krwawią usta…
Ty, Ty nie rozumiesz mnie,
Ty, Ty nie kochasz przecież mnie.
Matka
Jakże, synu, córko ma,
Któż Cię kocha, jak nie ja?
Kto piastował Cię od dziecka?
Kto podrapał Cię po pleckach?
Emo
(Z płaczem. Krwawe łzy z emoshopu…)
Co Ty wiesz?
Nie rozumiesz.
Moje serce płacze, tak,
Oto krwawy wzleciał ptak.
Cały świat tonie w łzach,
Niech nadejdzie tętna krach.
Och kiedy spadną ludzkości okowy,
Kiedy grzywiaste wzniosą się głowy.
Ach, nadejdzie taki dzień
Żyletki zrzucę cień.
Róż i czerń
Czerń i róż.
Kto Ty jesteś?
Emo mały.
Jaki znak twój?
Tusz wypłowiały…
(Matka przerywa tyradę. Marchewka pokrojona w kosteczkę, plastrów nie preferują…)
Matka
Ależ skarbie, kochaneczku,
Idź pobiegaj na słoneczku.
Wznieś czuprynę, opal paski,
Niech kochają Cię te laski.
(Tu matka pokazała za okno. Gdzie na ławce siedziało stadko discolasek.)
Krótka wariacja na temat, ekhm- duże słowo, liryki. Stare to jak świat, ale zapomniało mi się dodać.
Wyptykowo – RPG – PGR
Wiele drużyn niestrudzonych śmiałków próbowało swych sił wśród dzikich, Pollandzkich pól.
Oto z odmętów chlewika wychynęła nowa grupka. Pierwszy- mężczyzna wielkiej postury. W dłoni dzierżący widły. Chwyt jego ogromnej dłoni zwiastował siłę i potęgę. Pawiania aparycja zaś niczym archanioł Gabriel niosła wieść: Oto jam jest ćwok jakich mało!
Drugi niski zarówno wzrostem jak i intelektem zaopatrzony był w sierp- jawny skrytobójca!
Trzecia z kolei niewiasta nieprzeciętnej urody, dumnie nosząca blizny po walce- z ospą. A w garści jej, kij pasterski. I magia krążyła wkoło, wraz z insektami z chlewu.
I mistrz gry w postaci sołtysa.
- Śmiałkowie, kierujecie się ku wyjściu z zagrody- MG rozpoczął sesję. Po chwili i braku reakcji ze strony graczy powtórzył- Idźta w cholerę huncwoty diabelne bo jak nie to was nahajką po plecach przeświecę!- Tak wydane polecenie odniosło skutek zamierzony, a nawet nieco ponadto. Wojownik zaopatrzony w widły przeskoczył przez płot, lądując w świńskim błocie. Zaś z powodu kary do zręczności wbił sobie trzonek pod żebra.
- Minus dwadzieścia ha-pe!- Sołtys znał zaawansowaną, branżową nomenklaturę.
- Panie sołtysie, panocku złoty, a jakby tak lewelik za darmo, świniaka dam, świniaka panie!- Jawny skrytobójca zaoferował, miał największy współczynnik charyzmy i nawet zdołał się uśmiechnąć.
- Ja ci kurwa psia twoja mać pozwolę korumpować pracownika państwowego. – Sołtys był to człowiek światły, oświecony i nieskazitelny. Chociaż za dwa świniaczki albo cielaka potrafił postawić pieczątkę gdzie trzeba.
- Ej, hola, pyr!- czarodziejka, bynajmniej nie z księżyca, zawahała się.- A co my w ogóle mamy robić? No bo ja nie umie nic robić ino w izbie siedzieć.*
- Idzieta i zgadacie do en-pe-ca- kolejne fachowe słowo wywołało ogólną konsternację. Widłak, czyli woj uzbrojony w widły nadal obarczony karami związanymi ze wszystkim co miało wpływ na motorykę taplał się w błocie. Świniaczki powąchały go, ale mając do wyboru własny smurd i jego, wybrały to pierwsze. – Wy radzieckie tłuki, owcojeby durne. Mata zagadać do tego chopa co za obórką stoi i tyle.
- Drużyna, wyruszyła. Jawny skrytobójca dłubiąc w nosie złapał uderzenie krytyczne, kalecząc mózg. Czarodziejka przez chwilę szła do tyłu. A Widłak dziabnął się w stopę. A obórka rysowała się w świetle słońca niczym portal do nowej rzeczywistości.
* Kto powie skąd zaczerpnięte ten ma browara. Ty Przemysławie, kurde, nie!
