Alternatywnie
Dzisiaj coś co może, ale niekoniecznie, wyewoluuje w miejski odpowiednik Wypytkowa…
Słońce z wolna przebijało się przez obłoki miejskiego smogu. Promienie odbite od kopuły wzniesionej nad Platynowymi Balkonami tworzyły artystyczne refleksy. Nocne życie Warywszwach powoli cichło, przychodziła kolej na dominację populacji jasności. Opodal stał rozpasły Pałac, rzucając cień na przechodniów i nie zdając sobie sprawy jakie to pozbawione Kultury. Z racji wakacji młodzież sennie włóczyła się po ulicach, nie do końca jeszcze pewna swoich głów i nóg. Jedni kaca leczyli, inni dopiero ku niemu dążyli. Tak oto warstwa pasożytów i nierobów ukazywała, że oni tez potrafią pracować na zmiany. Kilku innych niosąc skrzynki z piwem udowadniało, że wolą pracę na akord. Jeszcze inni z braku pieniędzy w grupowym budżecie nie mogli legalnie nabyć napojów wyskokowych, a z racji tego alkohol pojawiał się sam, wprost ze źródeł znanych tylko bezrobotnym. Jedna z takich grupek odprawiała właśnie piwomagiczne praktyki nad ostatnią siatką napoju bogów.
- Jestem fanem alternatywy, wszelakiej!- Edek uważał również, że jest ekscentrykiem, na dowód czego nosił majtki na spodniach. – Wszystkie zespoły ze światowej czołówki kopiują same siebie!- Ważny to argument. – Następuje powolny regres jak i sukcesja słabych dokonań, wprost proporcjonalna do ilości młodych i pozbawionych wysublimowanego gustu nastolatków!- Po połowie piwa język mu się dziwnie rozwiązywał. Wpadając w krasomówczy stan używał nieznanych normalnemu sobie wyrażeń i sformułowań. – Otóż, zatem, takoż- Chwyt, wypełnienie czasu, w którym myślał nad koncepcją zdań. – Zaiste!- Olśnienie. Przy okazji zachwyt zebranych kolegów. – Jak już prawiłem, jestem oddanym słuchaczem alternatywy. Sam nie wiem w zasadzie na czym alternatywność tej jakże alternatywnej muzyki polega, ale… Bo tak kurwa ludzie tagują na lascie!- Wymienienie nazwy jednego z czołowych serwisów doby nowoczesnego internetu było uważane za niepodważalny argument. Co społeczność to w końcu społeczność!
- A ja, a ja, a jaa…- Marianka będąc emo zawsze miała problemy z poczuciem wartości i musiała sama siebie uświadamiać, że w ogóle istnieje. – A ja… Boże jakie to smutne!- Rzeczywiście, Tadeusz rozbił ostatnią butelkę.- I coś Ty na Boga i Przenajświętszą Matkę Jezusową Jedyną Zbawicielkę Od Zła Wszelakiego uczynił?
- Marianka, a weś przypomnij sobe czemu jeteś obecnie bezdomna.- Tadeusz mimo swego bluźnierstwa stał twardo na nogach, jeśli nie liczyć tego, że leżał w kałuży zawartości swego żołądka.- Jesteś świeszo wysmażona ateistka! Ot co. Olaboga!- Tadek jak przystało na imiennika sławnego Papy Dairekt’ora znał wiele powiedzonek związanych, choćby luźno, z Bogiem.
- Idziemy do centrum.- Padło hasło. Wszyscy zebrawszy się do kupy, dosłownie i w przenośni chwycili się za ręce. Emo przy Edku, punk przy skinie, a Mietek z ręką przy rozporku. Tak oto hałaśliwa ferajna, złożona z jakże dziwnych i antagonistycznych osobników ruszyła w kierunku Platynowych Balkonów, przy okazji wpadając do pralni z zapytaniem czy ten oto tramwaj jedzie na Bełkotów.
Polska Żywność
Lato w Wyptykowie. Pod sklepem zebrała się elita wiejska. Poważne dysputy, konwersacje filozoficzne i wszelakiego rodzaju inteligentne rozrywki. Wszystkim tym zajmowali się ci, którzy już niedługo mieli zwać się masonami.
Ktoś rzucił kapslem od piwa, regionalny wyrób- W Pytę Mocne. Następny z kredytobiorców(nikt nie wie skąd Halina czerpie zyski, skoro wszyscy biorą na krechę) pojawił się przed sklepem. Błyszcząca guma na jego filcach radośnie odbijała promienie słońca. Kufajka, wyglądająca prawie jak nowa i kapelusik, krzywo założony na głowę. Wszyscy spuścili wzrok oddając należne honory, dwóch bardziej wstawionych padło nowo przybyłemu do stóp. I nie ma się czemu dziwić, bo jak to Staszek mawiał: „Sołtysa swego, trzeba kurwa szanować, albo niech mnie maciora zdechnie…”.
Władza samorządowa w osobie Janusza Rzycidupskiego posuwała się z wolna w kierunku sklepu. Z kufajki wystawał i kusił banknot dziesięciozłotowy, prawdopodobnie znowu żebrał w Paliblantowie, najbliższym mieście. Z pewną dozą nonszalancji sołtys zniknął w sklepie.
- Halina- warto zwrócić uwagę na odpowiednio dobrany akcent położony na ostatnią sylabę. Tylko ludzie na stołkach potrafią wysławiać się z taką emfazą.- Halina, daj mnie dwa kila krajanych kartoflów- Uprzejmości takie jak: „dzień dobry, witam, co podać?” nie były na porządku dziennym. Krajane kartofle Halina sprowadzała swoimi tajnymi kanałami przemytniczymi wprost z miasta. Było to nic innego jak chipsy wszelakich marek, ale głownie z marketu z robakiem w nazwie. W Wypytkowie, albo się miało i kupowało, albo się nie miało i też się kupowało. Rozdrabnianie się na paczki, zgrzewki i tym podobne opakowania jednorazowe było nieekonomiczne. Chipsy, niczym mieszankę Wedlowską(smaki też były zmieszane) kupowano na kilogramy. Sołtys jako jeden z pięciorga wybranych miał telewizor i wiedział, że pieniądze mu się należą, bez zaświadczeń- po prostu, na słowo!
- Proszę- Halina przyswajała sobie wstęp do podręcznika Savoir-vivre. Tyle zdążyła wydedukować z tej jakże inteligentnej, przepastnej i podstępnej książki(dziwnym trafem podręcznik spadł na nią, kiedy była w bibliotece oddać „Poradnik Hodowcy Świń”).
- Zważ Halino na to,- Janusz posiadał w swoim asortymencie słownikowym kilka bardziej wyszukanych słów. Znajdowały się tam nawet takie perełki jak: „tak owoż, jednakże, wespół w zespół, mam świnie więc hoduję…”.- iż– jakże rzadki zamiennik pospolitego „że”.- te oto kartofle krajane, są z polskich kartofli i polskich pomidorów- reklama nie kłamie, a jeśli już czasem zdarzy się małe niedopowiedzenie to nie warto boczyć się na wyblakłe spodnie.- Niesamowite wręcz, u nas jeszcze nie ma wykopków, ni pomidorów pod folią.
Tak o to, pozostawiając Halinę w stanie głębokiego zamyślenia sołtys wyszedł. Żegnały go oklaski, pełne przejęcia deklaracje uwielbienia i jeden pies, który z braku partnerki polubił nogę Janusza.
Sklepowa Halina i droga jej słonina.
- Karwa, toć otwórz jeno. Dziesiąta dopiro- zgodny chór głosów chłopskich, pomimo panującego mroku domagał się otworzenia sklepu. Wypytkowaska mentalność była prosta, jeśli chcesz pić, to idziesz i kupujesz. Lecz to czy Halinie, czyli sklepowej, to się spodoba nie grało roli. W półmroku wypytkowskiej nocy dało się widzieć twarze takich osobistości jak Staszek i Władek, którzy stali przy wozie. Na pojeździe zaś dziwny kształt błyszczał w mroku, odbijając słabe światło. Ciężkie drzwi, które znajdowały się za kratami wykonanymi z bron uchyliły się. Zamigotał płomień lampy naftowej, ukazała się twarz Haliny. Lecz zanim ktokolwiek zdołał się jej przyjrzeć, światło zgasło i dał się słyszeć odgłos upadającego ciała. W chwilę potem zgromadzenie słyszało tylkojęki i lamenty sklepowej. Gdzieniegdzie potok niezrozumiałych i ledwo artykułowanych dźwięków przeplatał się ze zgrabnie wplecioną kurwą. Wreszcie, po dłuższej chwili, gdy Halina zapewne trudziła się nad podniesieniem swego ciała i nadszarpniętej godności, a mieszkańcy wsi zmagali się z chętką na jednego, albo i więcej głębszych, lampa znowu zaświeciła. Oczywiście, tradycyjnym zwyczajem nocny handel odbywał się metodą, zwaną “Przez Bronkę”, gdyż Halina nigdy o tej porze nie otwierała krat. Tak więc chłopi niczym za komuny ustawili się w rządku składając zamówienia. Przez wiele lat doskonalenia techniki picia i zakupu trunków, nikt nie wpadł na pomysł aby się zrzucić i dać jednemu. Tak więc handel trwał od kilku minut do godziny. Jednym z kupujących był senior wśród pijaczków, nestor alkoholowego upojenia, Zdzisław we własnej osobie. Był osobą wielce uprzywilejowaną, gdyż jako jedyny w towarzystwie przekroczył dziewięćdziesiąty rok życia, a jak głosiła miejscowa legenda, Zdzisław zawsze pił tyle ile miał lat.
- Je słonina?- Zdzisław przeszedł do konkretów, pytając o towar deficytowy, co mogło dziwić o tyle o ile rzecz działa się na wsi, gdzie świń nie brakowało. Tajemnica tkwiła jednak w tej specyficznej słoninie- Halninie, która to była doprawiana przez samą sklepową. Plotka głosiła, że każdy kto przed napitkiem zagryzie kawał Halniny temu kac niestraszny będzie. Tym sposobem w Wypytkowie od lat wielu nikt nie zaznał syndromu dnia następnego.
- Jest- Halina znana była ze swego monosylabicznego sposobu wypowiedzi- Ale najpierw zaśpiewaj- gust i upodobania muzyczne sklepikarki mogły podlegać dyskusjom.
- Mos- każdy kto chciał zasmakować legendarnej słoniny musiał dać z siebie coś więcej niż tylko pieniążki- Uwagie, śpiewom!- tak oto rozpoczął się “reczital”.
Komuszek, komuszek, komuszek
Czerwony ma każdy ciuszek
I czapkę i sandały
Czerwony, czerwony jest cały.
Znana nuta piosenki wiejskiej o ogórku, a także chwytliwe słowa porwały chłopów w tany. Chwilę po tym sam gwiazdor dostał w mordę płatem słoniny. Brony zadźwięczały metalicznie, Halina zamknęła sklep.

3 komentarzy