Polska Żywność
Lato w Wyptykowie. Pod sklepem zebrała się elita wiejska. Poważne dysputy, konwersacje filozoficzne i wszelakiego rodzaju inteligentne rozrywki. Wszystkim tym zajmowali się ci, którzy już niedługo mieli zwać się masonami.
Ktoś rzucił kapslem od piwa, regionalny wyrób- W Pytę Mocne. Następny z kredytobiorców(nikt nie wie skąd Halina czerpie zyski, skoro wszyscy biorą na krechę) pojawił się przed sklepem. Błyszcząca guma na jego filcach radośnie odbijała promienie słońca. Kufajka, wyglądająca prawie jak nowa i kapelusik, krzywo założony na głowę. Wszyscy spuścili wzrok oddając należne honory, dwóch bardziej wstawionych padło nowo przybyłemu do stóp. I nie ma się czemu dziwić, bo jak to Staszek mawiał: „Sołtysa swego, trzeba kurwa szanować, albo niech mnie maciora zdechnie…”.
Władza samorządowa w osobie Janusza Rzycidupskiego posuwała się z wolna w kierunku sklepu. Z kufajki wystawał i kusił banknot dziesięciozłotowy, prawdopodobnie znowu żebrał w Paliblantowie, najbliższym mieście. Z pewną dozą nonszalancji sołtys zniknął w sklepie.
- Halina- warto zwrócić uwagę na odpowiednio dobrany akcent położony na ostatnią sylabę. Tylko ludzie na stołkach potrafią wysławiać się z taką emfazą.- Halina, daj mnie dwa kila krajanych kartoflów- Uprzejmości takie jak: „dzień dobry, witam, co podać?” nie były na porządku dziennym. Krajane kartofle Halina sprowadzała swoimi tajnymi kanałami przemytniczymi wprost z miasta. Było to nic innego jak chipsy wszelakich marek, ale głownie z marketu z robakiem w nazwie. W Wypytkowie, albo się miało i kupowało, albo się nie miało i też się kupowało. Rozdrabnianie się na paczki, zgrzewki i tym podobne opakowania jednorazowe było nieekonomiczne. Chipsy, niczym mieszankę Wedlowską(smaki też były zmieszane) kupowano na kilogramy. Sołtys jako jeden z pięciorga wybranych miał telewizor i wiedział, że pieniądze mu się należą, bez zaświadczeń- po prostu, na słowo!
- Proszę- Halina przyswajała sobie wstęp do podręcznika Savoir-vivre. Tyle zdążyła wydedukować z tej jakże inteligentnej, przepastnej i podstępnej książki(dziwnym trafem podręcznik spadł na nią, kiedy była w bibliotece oddać „Poradnik Hodowcy Świń”).
- Zważ Halino na to,- Janusz posiadał w swoim asortymencie słownikowym kilka bardziej wyszukanych słów. Znajdowały się tam nawet takie perełki jak: „tak owoż, jednakże, wespół w zespół, mam świnie więc hoduję…”.- iż– jakże rzadki zamiennik pospolitego „że”.- te oto kartofle krajane, są z polskich kartofli i polskich pomidorów- reklama nie kłamie, a jeśli już czasem zdarzy się małe niedopowiedzenie to nie warto boczyć się na wyblakłe spodnie.- Niesamowite wręcz, u nas jeszcze nie ma wykopków, ni pomidorów pod folią.
Tak o to, pozostawiając Halinę w stanie głębokiego zamyślenia sołtys wyszedł. Żegnały go oklaski, pełne przejęcia deklaracje uwielbienia i jeden pies, który z braku partnerki polubił nogę Janusza.
Sklepowa Halina i droga jej słonina.
- Karwa, toć otwórz jeno. Dziesiąta dopiro- zgodny chór głosów chłopskich, pomimo panującego mroku domagał się otworzenia sklepu. Wypytkowaska mentalność była prosta, jeśli chcesz pić, to idziesz i kupujesz. Lecz to czy Halinie, czyli sklepowej, to się spodoba nie grało roli. W półmroku wypytkowskiej nocy dało się widzieć twarze takich osobistości jak Staszek i Władek, którzy stali przy wozie. Na pojeździe zaś dziwny kształt błyszczał w mroku, odbijając słabe światło. Ciężkie drzwi, które znajdowały się za kratami wykonanymi z bron uchyliły się. Zamigotał płomień lampy naftowej, ukazała się twarz Haliny. Lecz zanim ktokolwiek zdołał się jej przyjrzeć, światło zgasło i dał się słyszeć odgłos upadającego ciała. W chwilę potem zgromadzenie słyszało tylkojęki i lamenty sklepowej. Gdzieniegdzie potok niezrozumiałych i ledwo artykułowanych dźwięków przeplatał się ze zgrabnie wplecioną kurwą. Wreszcie, po dłuższej chwili, gdy Halina zapewne trudziła się nad podniesieniem swego ciała i nadszarpniętej godności, a mieszkańcy wsi zmagali się z chętką na jednego, albo i więcej głębszych, lampa znowu zaświeciła. Oczywiście, tradycyjnym zwyczajem nocny handel odbywał się metodą, zwaną “Przez Bronkę”, gdyż Halina nigdy o tej porze nie otwierała krat. Tak więc chłopi niczym za komuny ustawili się w rządku składając zamówienia. Przez wiele lat doskonalenia techniki picia i zakupu trunków, nikt nie wpadł na pomysł aby się zrzucić i dać jednemu. Tak więc handel trwał od kilku minut do godziny. Jednym z kupujących był senior wśród pijaczków, nestor alkoholowego upojenia, Zdzisław we własnej osobie. Był osobą wielce uprzywilejowaną, gdyż jako jedyny w towarzystwie przekroczył dziewięćdziesiąty rok życia, a jak głosiła miejscowa legenda, Zdzisław zawsze pił tyle ile miał lat.
- Je słonina?- Zdzisław przeszedł do konkretów, pytając o towar deficytowy, co mogło dziwić o tyle o ile rzecz działa się na wsi, gdzie świń nie brakowało. Tajemnica tkwiła jednak w tej specyficznej słoninie- Halninie, która to była doprawiana przez samą sklepową. Plotka głosiła, że każdy kto przed napitkiem zagryzie kawał Halniny temu kac niestraszny będzie. Tym sposobem w Wypytkowie od lat wielu nikt nie zaznał syndromu dnia następnego.
- Jest- Halina znana była ze swego monosylabicznego sposobu wypowiedzi- Ale najpierw zaśpiewaj- gust i upodobania muzyczne sklepikarki mogły podlegać dyskusjom.
- Mos- każdy kto chciał zasmakować legendarnej słoniny musiał dać z siebie coś więcej niż tylko pieniążki- Uwagie, śpiewom!- tak oto rozpoczął się “reczital”.
Komuszek, komuszek, komuszek
Czerwony ma każdy ciuszek
I czapkę i sandały
Czerwony, czerwony jest cały.
Znana nuta piosenki wiejskiej o ogórku, a także chwytliwe słowa porwały chłopów w tany. Chwilę po tym sam gwiazdor dostał w mordę płatem słoniny. Brony zadźwięczały metalicznie, Halina zamknęła sklep.
